Grow (LP)

Esenja.pl

Ekstrakt: 90%

Skład zespołu od chwili powstania, czyli od nieco ponad czterech lat, nie uległ zmianie. Wciąż tworzą go trzej doskonale znający się i rozumiejący muzycy: wokalista i gitarzysta Sartez Faraj, basista Olle Risberg oraz bębniarz Christian Eriksson. Pozostają oni wierni zresztą nie tylko sobie, ale również wytwórni płytowej, czyli Transubstans Records, i przede wszystkim obranej na samym początku kariery stylistyce, którą najkrócej określić można jako wypadkową hard rocka, rocka progresywnego i psychodelicznego oraz bluesa. W każdym razie jest to muzyka głęboko zakorzeniona w latach 70. ubiegłego wieku, o czym Three Seasons miało już okazję przekonać słuchaczy płytami „Life’s Road” (2011) i „Understand the World” (2012). Oba albumy przywoływały jednoznaczne skojarzenia z dokonaniami Led Zeppelin i Deep Purple, Free i Blind Faith, jak również, zerkając na inne poletko, z niemieckim 2066 & Then.

Po zakończonej w ubiegłym roku trasie koncertowej, promującej płytę „Understand the World”, trio po raz kolejny zamknęło się w należącym do Transubstans studiu nagraniowym, aby w ekspresowym – jak na współczesne standardy – czasie zarejestrować materiał na trzeci w swojej dyskografii „pełnometrażowy” krążek. Tym razem, po raz pierwszy, obyło się bez udziału gości; nawet partie instrumentów klawiszowych – a konkretniej: organów Hammonda – wziął na siebie Sartez Faraj (wcześniej muzycy Three Seasons prosili o to Mattiasa Risberga, brata Ollego, oraz Malin Ahlberg). Inna sprawa, że jest on klasycznym multiinstrumentalistą i gdyby tylko zaistniała taka potrzeba, byłby w stanie nagrać wszystkie ścieżki dźwiękowe. Krążek, którego premierę sklepową wyznaczono na połowę maja, otrzymał znaczący – by nie rzec: symboliczny – tytuł „Grow”. Na ile poważnie należy traktować zawartą w tym słowie deklarację? W porównaniu z poprzednimi albumami na pewno zawiera on muzykę brzmiąca dojrzalej; więcej jest w niej refleksji i zadumy, nieco mniej psychodelicznego szaleństwa. Najważniejsze jednak, że wciąż tyle samo energii i emocji.

Na krążku znalazło się osiem kompozycji, bardzo spójnych brzmieniowo, choć różnorodnych w formie. Three Seasons zawsze stawiali na szczerość przekazu – i to się ani na jotę nie zmieniło; wciąż mamy do czynienia z grupą, która równie dobrze mogłaby nagrać swoją muzykę przed czterdziestu laty, siedząc gdzieś w garażu. Pierwszy w zestawie kawałek „Which Way” zaczyna się od nałożonych na siebie ścieżek dwóch gitar – elektrycznej i akustycznej – które stanowią idealny podkład do pełnego nostalgii głosu wokalisty (słowem: Sartez Faraj w potrójnej roli). Dopiero po minucie następuje mocniejsze uderzenie, a frazy bluesowe kapitalnie mieszają się z hardrockową sekcją rytmiczną. W podobnym stylu utrzymany jest również, wybrany na utwór promujący płytę, „Drowning” – z tą różnicą, że tu od pierwszych sekund mamy do czynienia z patentem heavybluesowym. Psychodelicznej „kwasowości” przydaje mu natomiast powracający jak mantra motyw gitarowy, który znika jednak w momencie, gdy Faraj rozpoczyna solówkę.

Zawodzi początek „By the Book”. Mniej więcej do połowy numer wydaje się kompletnie nijaki; brak mu jakiegokolwiek charakterystycznego fragmentu, który usprawiedliwiałby jego powstanie. Ale za to w drugiej jego części następuje zasadnicza zmiana: kapitalna, wpadająca w ucho melodyjna solówka gitarowa podparta zostaje na dodatek smakowitym brzmieniem Hammondów. Hipnotyczny, lekko kołyszący bluesrockowy rytm otwiera zaś drogę – biorąc pod uwagę przyszłe koncerty – do wielominutowych improwizacji. Jeszcze lepiej prezentuje się jedyny w pełni instrumentalny, a więc całkowicie pozbawiony wokalu, kawałek na „Grow”, czyli „Tablas of Bahar”. Pierwszych kilkadziesiąt sekund, opartych na dialogu gitary akustycznej z elektryczną, jest w zasadzie powtórką z „Which Way”; później jednak następuje zasadnicza zmiana – rozmyte brzmienia klawiszy i przesterowanej gitary zabierają słuchacza ze świata hard rocka w krainę psychodelii. Ale nie brakuje też chwili na refleksję, kiedy następuje niemal całkowite wyciszenie, a jedynymi dźwiękami dobywającymi się z głośników są pojedyncze akordy grane na „pudle” (nie licząc przesuniętych na bardzo odległy plan organów).

„Food for the Day” to bliski dokonaniom Free i The Cream blues-rock, okraszony prawdziwie heavymetalową solówką. Więcej powiedzieć się o nim w zasadzie nie da. Za to o „No Shame” można by napisać prawdziwy elaborat. Ta bluesowo-hardrockowa ballada z miejsca bowiem przywodzi na myśl niezapomniane „Since I’ve Been Loving You” Led Zeppelin – i to zarówno za sprawą podkładu instrumentalnego (z kolejną wyborną partią Hammondów), jak i rozdzierającego serce wokalu Faraja (gdy wykrzykuje: „I miss you”, nie sposób nie poczuć ciarek przebiegających przez plecy). Uwagę zwraca też fakt wyeksponowania klawiszy – w tym właśnie numerze po raz pierwszy i, na szczęście, nie po raz ostatni mamy do czynienia z solówką na organach. O ile „No Shame” wprowadza słuchacza w nastrój refleksyjny, o tyle „Home Is Waiting” przywraca go rzeczywistości. W warstwie wokalnej wciąż mamy do czynienia z „wycieczkami” pod Roberta Planta, muzycznie natomiast jest to ogniście energetyczny hardrockowy blues.

Zeppelinowski z ducha jest też wieńczący krążek, najdłuższy w całym zestawieniu, numer zatytułowany „Familiar Song”. Otwiera go długi, instrumentalny wstęp z klawiszami w tle. Kiedy jednak do głosu dochodzi wokalista, zmienia się również klimat tego utworu – mocniejsze uderzenie perkusji idzie w parze z zadziorną gitarą elektryczną (przez cały czas wykorzystującą efekty modulacyjne), a śpiew Faraja momentami przypomina bliski histerii krzyk. W dalszej części natomiast palmę pierwszeństwa przejmują Hammondy – najpierw jako instrument solowy, następnie w kolejnym duecie z gitarą. Kawałek ten można zresztą potraktować jako symboliczne podsumowanie całego „Grow” – jest w nim to wszystko, co słyszeliśmy we wcześniejszych kompozycjach, a więc zmieniające się nastroje, tęsknota i gniew, melancholia i złość, ale przede wszystkim nieskrywana miłość do artystów sprzed lat, na których wychowało się już niejedno pokolenie rockmanów. I nawet jeśli ktoś uzna – najzupełniej słusznie zresztą – że panowie z Three Seasons nie wydają ze swoich instrumentów ani jednego dźwięku, którego wcześniej byśmy już nie słyszeli, najważniejsze, że robią to z sercem i rozumem.

www.esenja.stopklatka.pl

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

13 − three =